|
Pierwsza noc w Austrii. Ranek zwiastował
świetne warunki do jazdy. Na słonecznym niebie nie było widać ani
jednej chmury. Zwarci i gotowi zapakowaliśmy się do autobusu. Nieco
ponad godzina i jesteśmy pod wyciągiem. Szybkie omówienie planu dnia
z Wojtkiem i Kamelem, rozgrzeweczka i już wjeżdżamy na górę.
Warunki, tak jak się spodziewaliśmy, świetne. Słońce grzało, park
bardzo dobrze przygotowany i masa śniegu. Pierwszego dnia
postanowiliśmy śmigać tylko na łatwych boxach i niewielkich hopach,
żeby trochę się rozjeździć. Parę boardów, fifciaków, jakiś
nosepressik - jak na pierwszy dzień całkiem nieźle. Na hopach też
lajtowo. Kilka fajnych grabów, 180-ątki i 36. Ogólnie dzień był
naprawdę udany. Zadowoleni wracaliśmy do miejsca zakwaterowania. Tym
bardziej, że dzień się jeszcze nie skończył, a na wieczór
zaplanowany był meczyk w nogę. Szybki posiłek, mobilizacja obozu i
poszukiwania miejsca do gry rozpoczęte. Znalezienie odpowiedniej
murawy nie zajęło nam wiele czasu. Wojtek Pająk dzięki swojemu
instynktowi przywiódł nas na idealne boisko. Krótka narada, trochę
narzekań Kamela na zbyt dużą powierzchnię do biegania i wzięliśmy
się za wybieranie składów. W naszej drużynie znaleźli się między
innymi Wojtek, Olek, Kamel, Jamaj znany później jako Szczupiec
(charakterystyczne zagranie - strzał "szczupakiem") oraz kilku
obozowiczów: Krzysiu, Wojtek, Wiktor no i oczywiście ja (dżed,
tudzież maniek). Uznaliśmy, że system gry z bramkarzem, jednym
obrońcą i resztą napadziorów będzie najefektywniejszy. Jak się
później okazało nie myliliśmy się, bo mecz wygraliśmy, choć każda
kontra przeciwnika kończyła się utratą bramki. :) Wieczorem
obozowicze otrzymali kilka upominków i dobrali sobie odpowiedni
sprzęt do testów.Kolejnego dnia pogoda również dopisała. Byliśmy
nieco zmęczeni po wczorajszych rozgrywkach (Kamel twierdził nawet,
że nie może wstać), ale to nie odebrało nam chęci do jazdy. Drugiego
dnia mogliśmy już próbować nieco trudniejszych ewolucji. Uzbrojeni w
wypasiony sprzęt do testów zabraliśmy się za bardziej wymagające
boxy, a i na skoczniach więcej się działo. Po powrocie wybraliśmy
się nad pobliskie jezioro. Zagraliśmy w siatko-nogę, a Jamaj
przecierając nowe szlaki w sportach extremalnych śmigał na
hulajnodze ze zjeżdżalni.
We wtorek i środę już nieco trudniej nam się wstawało. Pobudka o
7.30 dawała się we znaki. Wciąż jednak niezmordowana ekipa Snowdays
panowała w Kaunertal. Niestety tym razem warunki już nie były tak
dobre. Ochłodziło się, śnieg był twardy i zmrożony. Sprzyjało to
upadkom, których też nie zabrakło. Rozcięta ręka, zadrapania,
stłuczone łokcie, poobijane plecy i kości ogonowe - mniej więcej tak
wyglądał dzień. Wtorek i środa to również rozgrywki Ligi Mistrzów,
jednak przed meczem wypad nad jeziorko. Tam Jamaj posunął się o krok
dalej. Zjeżdżalnie na placach zabaw zaczęły go nudzić. Pojawił się
pomysł zjazdu z kilkunastometrowej zjeżdżalni prowadzącej wprost do
jeziora. Żądny przygód Szczupiec początkowo opornie podchodził do
nowego wyzwania, lecz 40 Euro zebrane drogą zrzuty ostatecznie go
przekonało i hulajnoga poszła w ruch. Kolejny sukces Jamaja w
promowaniu nowej dyscypliny.
Dnia następnego pogoda ponownie nie dopisała, więc na skoczniach za
dużo zrobić nie można było. Dlatego też w czwartek nastawiliśmy się
na jazdę w halfpipe'ie. Wojtek nadzorował każdy przejazd, a potem
analizował go i dawał wskazówki obozowiczom. Bardzo ułatwiało to
naukę, chociaż pipe jest dość trudny. Na szczęście podczas
popołudniowej przerwy warunki się poprawiły. Słońce przygrzało,
śnieg trochę zmiękł, więc mogliśmy więcej poskakać. Końcówka dnia w
Kaunertal była bardzo udana. Obozowicze powoli zabierali się za
rejle, większe skocznie i kręcenie pierwszych "piątek". Czwartek był
przedostatnim dniem jazdy. W sobotę rano planowany był powrót.
Wypadało należycie to uczcić. Impreza w doborowym towarzystwie
musiała się udać i tak też było. W piątek pobudka odbyła się o 8.15,
autobus odjeżdżał o 8.30. W klapkach, z butami i deskami pod pachą
ostatecznie cała ekipa dotarła na czas. W Kaunertal pogoda niestety
zepsuła się na dobre. Znów śnieg był twardy i zmrożony. Jednak
ostatni dzień był dość udany. Zaliczyliśmy tor do SBX, śmigaliśmy w
pipe'ie, a po południu, gdy warunki trochę się poprawiły,
poskakaliśmy na hopach.
To były ostatnie chwile w Kaunertal. Na miejscu zagraliśmy jeszcze w
nogę, odpoczęliśmy chwilę i niestety musieliśmy zabierać się za
pakowanie. Nazajutrz ruszyliśmy w drogę powrotną. Przyszedł czas na
przemyślenia i podsumowania. Podczas tego tygodnia każdy obozowicz
mocno się rozwinął, poprawił pozycję podczas jazdy, nauczył się
nowych trików na jibbach i sporo poskakał, ale największą zaletą
Snowdays nie był wysoki progress, lecz atmosfera. Nie ma drugiego
takiego obozu, który miałby taki klimat. Stąd też smutek wiążący się
z odjazdem. To był naprawdę dobry tydzień. Teraz tworzyliśmy zgrany
zespół, a nie tylko grupę obozowiczów. Oby każdy kolejny wyjazd ze
Snowdays wyglądał tak jak Majówka... |